Zapomnij...

post_photo

sierpień 17, 2015

Kiedy idę ulicą i widzę otyłe dziecko mam ochotę rzucić się na jego rodzica, prosić, tłumaczyć i krzyczeć – nie rób mu tego, zajmij się nim, zrób coś, nawet nie wiesz na co je narażasz. W 9 przypadkach na 10 dopiero wtedy dostrzegam otyłego rodzica. Maszerują chodnikiem zajadając lody, pijąc słodki napój, albo jedząc chipsy. Jestem niesprawiedliwa? Naprawdę? To uważnie się rozejrzyjcie. Ile widzicie otyłych dzieci szczupłych i aktywnych rodziców? A teraz wyobraźcie sobie, jakie życie gotujecie swoim małym grubaskom… Wiem co mówię. Sama byłam małym grubaskiem i dobijając 40 ciągle mam w głowie okrutne przytyki moich kolegów i koleżanek. Precyzyjnie pamiętam kto, kiedy, w jakiej sytuacji przypomniał mi, że jestem od niego gorsza. Czy byłam? Pewnie nie, ale dla kilkuletniej, czy później nastoletniej dziewczyny niewielkie to ma znaczenie. Za to wryje się w pamięć, jak szkarłatna litera wypalona na ciele rozgrzanym żelazem. Oglądacie płaczące grubaski w amerykańskich programach o odchudzaniu, które opowiadają o tym, jak znęcali się nad nimi rówieśnicy? Myślicie – przesada. Otóż nie. To nie Ameryka. Polskie dzieciaki są tak samo okrutne. Z wiekiem przestają wytykać placami, śmiać się w głos, i obrażać na ulicy. Zaczynają kpiny za plecami grubszej koleżanki, skazują ja na ostracyzm. Później dojdą jeszcze usłużne sklepowe na wejściu informujące o tym, że W TAKIM ROZMIARZE to nic tutaj nie mamy, obleśni dresiarze na głos komentujący rozmiar tyłka i drobne pijaczki opiewające na ulicy opływowe kształty. Naprawdę tego chcecie dla swoich dzieci? Któregoś dnia, próbując pokonać kolejną granicę postanowiłam zwiększyć liczbę przebiegniętych kilometrów. A bieganie nie jest ani moją mocną stroną, ani ulubionym zajęciem na letnie wieczory. Biegłam któryś kilometr i czułam, że zaczynam opadać z sił. W głowie kotłowało mi się milion myśli i ciągle wracały flesze z przeszłości… „ojej jaka grubaśna”, „słonina”, „wielka dupa”, wreszcie diagnoza lekarska „otyłość panią kiedyś zabije”… Sił było coraz mniej, a wspomnień coraz więcej, coraz boleśniejsze. I wtedy w słuchawkach zabrzmiała piosenka Staszka Soyki, pierwsze słowo, pierwszy takt, wprost do uszu Mistrz odśpiewał mi „Zaaaapomnij”. Zapomnij o cierpieniach, Które sam zadałeś Zapomnij o cierpieniach, Które tobie zadano Wody płyną i płyną, Wiosny błysną i giną, Idziesz ziemią ledwie pamiętaną

Zapominam. Myślę sobie jednak, że łatwiej zapobiec, niż leczyć…

 



Kategoria: Artykuł

Beata Maly-Kaczanowska

user_avatar

Z zawodu - dziennikarka, choć ma nieodpartą ochotę na dalszy samorozwój w wielu innych dziedzinach. Miłośniczka prac ogrodowych, eksperymentów kulinarnych i zdecydowana czekoladoholiczka. Prywatnie - kolekcjonerka butów i książek


Dodaj komentarz

Musisz być zalogowany, aby napisać odpowiedź.