Gruba w głowie

post_photo

luty 04, 2016

Przysięgam dziś rano widziałam u siebie rozstępy na powiekach i cellulit na czole! Na rękach też mi jakaś skórka pomarańczowa zamajaczyła. W głowie zabrzmiało natychmiast: cukier!!! Jadłaś ostatnio ciastka! I masz co chciałaś! Mało tego, spojrzałam na zalegające w garderobie ostatnie zdobycze ciuchowe i olśniło mnie – każda jedna rzecz, jaką sobie kupiłam jest na mnie… za duża.

Powiedzcie, jak to jest. 30 kg temu, kiedy mój rozmiar o mało nie osiągnął praw do emerytury ja kupowałam dziesiątki rzeczy „prawie dobrych” z nadzieją, że do nich schudnę, po czym oddawałam komuś mniejszemu, bo zajmowały 90 procent przestrzeni w szafie. Dziś, gdy przypominam sobie o zalegającej na dnie szafy prawie dobrej spódnicy i się w nią pakuje, okazuje się, że jest dużo za duża i przegapiłam już dano moment, w którym mogłam ją nosić. I mimo wszystko wciąż w swojej głowie jestem gruba! Umówmy się – obiektywnie rzecz ujmując żadne lekarz, dietetyk, ani trzeźwo myślący człowiek nie zakwalifikuje mnie do kategorii „szczupła”. Ale mojemu rozmiarowi ubrań do wieku emerytalnego znów daleko. Czemu więc wciąż właśnie tak się widzę? Czemu sięgam po za duże ubrania? Nie próbuję nawet mierzyć czegoś, co powinno być na mnie dobre?

Przyznaję, że myślałam, że tylko ja tak mam. Okazuje się, po przebiciu się przez fora, grupy dyskusyjne i różne takie, że wiele osób, które schudły w głowie wciąż wyglądają tak, jak przed dietą.

Co ciekawe, w ręce wpadły mi też jakieś amerykańskie badania, które mówią, że w większości widzimy siebie jako osoby atrakcyjniejsze, niż widzą nas inni. Ja się pytam kto??? Chyba tylko amerykanie! Tymczasem ja, przyglądając się tematowi, szukając jakiegoś logicznego wytłumaczenia znalazłam wiele – zwłaszcza kobiet – osób, które mają tak jak ja. Z problemem bija się zwłaszcza te, które były pulchnymi dziećmi, którym rówieśnicy nie dali zapomnieć o nadprogramowych kilogramach.

Niestety, nie znalazłam metody na to, jak sobie z ty, poradzić. Zrobić zdjęcie? Pewnie. Jak patrzę na te sprzed 2-3 lat i te zrobione dziś, to różnicę widzę, ale przecież nie będę 24 godziny na dobę chodzić wszędzie z własnym zdjęciem, żeby pamiętać, że już tak nie wyglądam.

Zmierzyć się i znać swój rozmiar? Znam. Ale co z tego, skoro w sklepie, na wieszakach, te ciuchy są jakieś takie małe, że nie ma mowy, bym się w nie wcisnęła, więc nawet nie próbuję.

Zapytać innych? Po co? Przecież chcą być mili, więc prawdy nie powiedzą. Nawet jak mówią, to trzeba w nią uwierzyć…

Jest jeszcze jeden, największy kłopot. Bo skoro prawdą jest, że myśląc cały czas o nieszczęściach i złych rzeczach w końcu je na siebie ściągamy, bo nasza podświadomość tak właśnie działa, to jeśli ciągle w swojej głowie jestem gruba, widzę się jako osobę grubą, to w końcu jojo jak murowane. Wrócę do punktu wyjścia i nawet nie zauważę kiedy, bo różnicy w lustrze nie będę dostrzegać.

Obłęd!

Podobno jednym z zaleceń przy odchudzaniu jest wizualizacja. Wyobrażanie sobie siebie o kilka rozmiarów mniejszej. Jak wyglądam, jak chodzę, jak biegam, jak jestem ubrana. Tylko jak jest się ambitną perfekcjonistką, to droga do ideału będzie długa, żeby nie powiedzieć wieczna, a obraz z głowy i ten z lustra nigdy się nie spotkają.

Ale skoro można się przeprogramować, samemu zmienić swój sposób myślenia, życia, widzenia świata, priorytety, to może jednak można sprawić, że psychika dogoni ciało?

Jak myślicie?  



Tagi:
Kategoria: Artykuł

Beata Maly-Kaczanowska

user_avatar

Z zawodu - dziennikarka, choć ma nieodpartą ochotę na dalszy samorozwój w wielu innych dziedzinach. Miłośniczka prac ogrodowych, eksperymentów kulinarnych i zdecydowana czekoladoholiczka. Prywatnie - kolekcjonerka butów i książek


Dodaj komentarz

Musisz być zalogowany, aby napisać odpowiedź.